Afryka dzisiaj. Piękna, biedna, różnorodna

Afryka dzisiaj. Piękna, biedna, różnorodna

Cena: 24.00 zł
Pozycja dostępna w promocyjnej cenie w wersji elektronicznej [EPUB|MOBI lub PDF]
Autor: Gilarowski Jerzy

Wydanie: Warszawa 2012
Ilość stron: 242
Rozmiar: 165x235 [mm]
ISBN: 978-83-61203-90-2
Dostępność: W magazynie

Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma jednej Afryki. Afryka, jak i każdy kraj tego kontynentu, ma wiele twarzy. Pod każdym względem – przyrodniczym, ekonomicznym i przede wszystkim społecznym. W Demokratycznej Republice Konga żyje ponad 400 grup etnicznych, na Wybrzeżu Kości Słoniowej około 100, a w Tanzanii 124. I o każdej z tych grup krążą opowieści – dumny jak Masaj, zdolny jak Czaga czy leniwy jak Gogo. Ta afrykańska mozaika została opisana barwnie i z humorem, choć nie brak tu refleksji i analitycznego podejścia. Książka opowiada o miejscach, zdarzeniach, ale przede wszystkim o ludziach, których autor spotkał na swojej drodze. To spojrzenie na świat oczami podróżnika, dla którego Afryka stała się drugim domem.

Jerzy Gilarowski jest geografem, specjalizuje się w problematyce afrykańskiej. Wykłada na uczelniach polskich (Uniwersytet Warszawski, Almamer Szkoła Wyższa, Wyższa Szkoła Gospodarki Euroregionalnej) i afrykańskich (University of Dar es Salaam, University of Dodoma, University of Rwanda). Jest autorem prac naukowych oraz popularyzujących wiedzę o Afryce, do których należy niniejsza książka.

 

Przedmowa

Autobusem, ciężarówką, pociągiem, czyli podróżowanie po Afryce

Bieda, wojna i cwaniactwo bogatej Północy

Chrześcijaństwo, islam i inne religie

Dodoma – stolica pozorowanego rozwoju

El Dorado czy przeklęty kontynent?

Foufou i inne afrykańskie przysmaki

Goma – miasto męczenników

HIV/AIDS i inne choroby

Interes, czyli jak założyć firmę w Afryce

Jambo to nie tylko zwykłe witaj

Koczownicy – dawni i ci współcześni

Ludy Afryki

Ładunek, czyli transport towarów

Muzungu czyli biały

Nairobi – stolica w europejskim stylu

Obyczaje weselne

Podróż czyli safari – afrykański produkt turystyczny

Rwanda – i znów o ludobójstwie

Sudan – nie taki straszny jak go opisują

Targowisko – lokalna wizytówka

Urzędnik – nasz pan i władca

Widokówki z podróży

Yabisika znaczy wysychać

Zwyciężyć biedę

Literatura

Indeks

 

 

 

 

 

 

 

O osiedleniu się w Afryce i prowadzeniu jakiejś działalności zarobkowej, przynajmniej na jakiś czas, myślałem już od dawna. Zawsze zazdrościłem mieszkającym tu białym, że są tutaj na stałe, a nie tak jak ja – przelotnie – na miesiąc, dwa, czasem pół roku. Zgodnie ze starym powiedzeniem, iż do trzech razy sztuka, udało mi się otworzyć w Afryce firmę właśnie za trzecim razem. Po raz pierwszy spróbowałem na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Otrzymałem stypendium z UNESCO na realizację drobnego projektu badawczego. Wziąłem urlop na uniwersytecie, sprzedałem samochód, spakowałem się i … poleciałem. Projekt zrealizowałem, ale w interesach nie dopisał mój biznesowy partner z Polski, z którym zamierzałem otworzyć spółkę importowo-eksportową. Dużo by opisywać…, ale w kilku słowach – partner zrezygnował, gdyż znalazł inny sposób na życie, a ja mogłem sobie jedynie oprawić w ramki z trudem uzyskaną licencję na działalność importową. Nie wyszło, ale wspaniałą rekompensatą za moje rozczarowanie był kilkumiesięczny pobyt w San Pedro. Równolegle z realizowanym projektem (i działaniami związanymi z rejestracją firmy) była plaża, palmy, słońce i ciepłe, turkusowe wody Zatoki Gwinejskiej.

Po raz drugi (po kilku latach) podjąłem wyzwanie w Demokratycznej Republice Konga (dawnym Zairze). Przy okazji realizowania kolejnego projektu badawczego trafiłem do Bukavu, przepięknie położonego miasta nad jeziorem Kiwu. Spotkałem rodaka, który osiedlił się tam na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i pracował na jednej z tamtejszych wyższych uczelni. Profesor Prandota był starszym już panem, który zauroczony Afryką pozostał tam na stałe. W latach prosperity Zairu, kiedy państwo to zarabiało na miedzi, diamentach, kobalcie i złocie, polski profesor otrzymywał wynagrodzenie, którego nie powstydziłby się wykładowca na zachodnioeuropejskim uniwersytecie. Kilka lat później kraj ogarnął jednak totalny chaos gospodarczy. Ceny miedzi na rynku światowym znacznie spadły, a naukowcom przestano płacić. Profesor Prandota nie chciał jednak wracać do Polski, z której zresztą jako nieposłuszny socjalizmowi obywatel dostał bilet „w jedną stronę”. Nie mając dochodów na państwowej posadzie zaczął budować młyny, wyrabiać mydło na bazie oleju palmowego i popiołu i zainteresował się zielarstwem. Uzyskiwane z tej działalności środki były znacznie skromniejsze w porównaniu z wynagrodzeniem jakie niegdyś otrzymywał na uczelni, ale wystarczały one na spokojne życie.

Profesor Prandota, niebywale pogodny starszy pan, który wiedział o Afryce chyba wszystko, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Z podziwem oglądałem wybudowane przez niego młyny, w których zatrudnienie znaleźli jego studenci i ich rodziny oraz fabryczkę mydła, którą założył w Instytucie Rolnictwa. Nie porzucił pracy na wyższej uczelni. Nie pobierał jednak żadnego wynagrodzenia. Jego zairscy koledzy, wykładowcy, otrzymywali pensje od studentów, którzy składali się na miesięczne zarobki swoich profesorów. Prandota stwierdził, że to nie byłoby moralne i z tej formy wynagrodzenia zrezygnował przez co stał się chyba najbardziej szanowanym obywatelem miasta Bukavu.

Posiadając polski tytuł profesora zwyczajnego, jako ekonomista rolny, Prandota robił mąkę z manioku, wciąż udoskonalał produkowane przez siebie mydła i prowadził badania nad leczniczym wykorzystaniem cudownej, jak sam ją nazywał, rośliny o łacińskiej nazwie – Euphorbia hirta. W pierwszych dniach nieco sceptycznie przyglądałem się jak Wiktor (mimo dużej różnicy wieku przeszliśmy na Ty) przyrządza przeróżne maści i wywary. Szybko jednak uwierzyłem w skuteczność jego leków obserwując tłumy pacjentów, które przychodziły do jego pracowni w Instytucie po pomoc. Widziałem na własne oczy jak maści Wiktora likwidują pacjentom różne dolegliwości skórne a płynne mikstury pomagają im pozbyć się ameby! Oczywiście byłoby nadużyciem z mojej strony pisać, że pomógł wszystkim na wszystko, ale część chorób rzeczywiście zwalczał z sukcesem.

Niemal codziennie gdy wracałem z badań terenowych siadaliśmy na werandzie jego domu i rozmawialiśmy o Afryce. Nie tylko zresztą o Afryce. Sporo miejsca zajmowała historia Polski i polityka. Nic dziwnego. Wiktor był jednym z założycieli „Wici” i partyzantem „Batalionów Chłopskich” podczas drugiej wojny światowej, a po wojnie aktywnym działaczem ZSL-u. O Zairze pisałem pracę doktorską, toteż do Bukavu przyjeżdżałem dość regularnie. W latach 1993–1998, podczas tych „werandowych rozmów” narodził się pomysł dzierżawienia plantacji palmy olejowej u stóp malowniczych szczytów Gór Księżycowych i produkcji mydła na szerszą skalę. Kilkuhektarowa, zapuszczona nieco plantacja, była własnością czarnoskórego potomka rosyjskiego arystokraty, który zawitał do Konga na początku XX wieku. Właściciel będąc członkiem parlamentu i nie mając czasu na jej prowadzenie z radością chciał oddać plantację w ręce, jak sam nas nazywał, swoich słowiańskich braci. I nie chciał za to przysłowiowego grosza. Wydawało się, że dla nas, i dla niego, byłby to złoty interes. Wreszcie plantacja, wraz z budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi, znalazłaby gospodarza i zaczęłaby przynosić zyski.

Było to dla mnie najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Plantacja położona była w dolinie rzeki Rutshuru, pomiędzy tropikalnym lasem deszczowym i ośnieżonym szczytem Ruwenzori. Oczyma wyobraźni widziałem jak sprzedajemy mydło w całym wschodnim Kongo, w sąsiedniej Ugandzie i Rwandzie. Oczywiście nie porzuciłem swoich aspiracji naukowych. Otrzymałem kontrakt w Wyższym Instytucie Pedagogicznym w Bukavu, do którego miałem przyjeżdżać raz w miesiącu na wykłady.

Wróciłem do Polski, opublikowałem kilka artykułów, sprzedałem samochód i zacząłem pakować walizki. No i stało się. Po okresie względnego spokoju, jaki zapanował po pierwszym konflikcie zbrojnym w Demokratycznej Republice Konga w okresie sierpień 1996 – maj 1997, wybuchł kolejny – w lipcu 1998 roku. W kraju zapanował totalny chaos. Kongo jako państwo przestało istnieć. Na otwarcie biznesu w Afryce musiałem poczekać kolejnych kilka długich lat. 

Ten trzeci raz nastąpił w Dodomie, o której pisałem kilka rozdziałów wstecz. Mając całkiem nieźle płatną pracę na uniwersytecie (i dom z ogrodem) w końcu natrafiłem na podatny grunt do rozpoczęcia własnego, afrykańskiego biznesu. Według tanzańskiego prawa aby rozpocząć działalność gospodarczą, bez udziału miejscowego wspólnika, zagraniczny biznesmen jest zobowiązany zainwestować na początek co najmniej 300 tys. dolarów amerykańskich. Była to dla mnie stawka absolutnie zaporowa, kwota pozostająca w sferze marzeń. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem było utworzenie joint venture. Do spółki musiałem znaleźć godnego zaufania Tanzańczyka, który udzieliłby rejestrującej się firmie swojego nazwiska i na tym skończyłaby się jego rola. Chociaż nie do końca, gdyż nazwisko kosztuje. Co prawda Tanzańczyk jest w ogromnej większości tego typu spółek tylko papierowym wspólnikiem, ale obcokrajowiec musi nieformalnie dzielić się z nim częścią zysków. Zwykle jest to około 10%. I tak aż do końca funkcjonowania firmy. Olbrzymia większość tego typu spółek w Afryce funkcjonuje w ten właśnie sposób.

Ze znalezieniem wspólnika nie miałem żadnych problemów – w końcu trochę znajomych w Tanzanii miałem, a poza tym kto z miejscowych nie chciałby mieć dodatkowych przychodów – bez zobowiązań, bez pracy, za darmo. Jedyną trudność stanowiło przebrnięcie przez urzędnicze procedury. Zarejestrowanie tego typu przedsiębiorstwa wymaga czasu, znajomości miejscowych realiów i doświadczenia w bieganiu po biurach. Trzeba wiedzieć z kim rozmawiać i – co najważniejsze – komu zapłacić. Na szczęście pomogła mi tanzańska Polonia znajdując mi odpowiedniego eksperta od procedur rejestracyjnych, który rzekomo „zjadł zęby” na tego typu sprawach.

Niestety szybko przyszło rozczarowanie. „Ekspert” okazał się zarówno zupełnym ignorantem jak i oszustem. To co miało trwać najwyżej miesiąc trwało cztery, a koszty rejestracyjne, jak się po jakimś czasie okazało, były kilkakrotnie wyższe od oficjalnych stawek. Płaciłem więc o wiele za dużo i za wiele niepotrzebnych rzeczy. Oczywiście zawsze ktoś mógłby powiedzieć – masz za swoje, trzeba było to zrobić samemu! Pewnie tak. Koszty mógłbym jakoś tam kontrolować, ale pracując na uniwersytecie i nie znając urzędniczych realiów musiałbym poświęcić zapewne jeszcze więcej czasu aby uporać się z biurokratycznymi procedurami. Z drugiej strony dlaczego nie miałbym zaufać dobrej znajomej, która w Tanzanii mieszkała już od ćwierćwiecza?

– Właściwie to znajomy mojej koleżanki. Ja go dobrze nie znam. Może on się dopiero uczy jak załatwia się takie sprawy? – powiedziała po jakimś czasie rodaczka z rozbrajającą szczerością.

No cóż. Dla poprawienia sobie samopoczucia stwierdziłem, że są to koszty „wejścia na nowy rynek” i od razu zrobiło mi się lepiej. 

W końcu jednak doczekałem się. Gdzieś tak około trzeciego miesiąca pobytu w Dodomie mój ekspert, bardzo z siebie zresztą zadowolony, zadzwonił do mnie z informacją, że już ma dla mnie certyfikat rejestracyjny firmy i numer identyfikacji podatkowej. Pełna euforia! Pierwszy etap miałem więc za sobą. Nie wiedziałem jednak jeszcze w tamtym momencie, że był to etap najkrótszy i najmniej kosztowny. 

Mając zarejestrowaną z pomocą mojego „eksperta” firmę (w jej statusie były zapisane wszystkie niemalże rodzaje działalności) zastanawiałem się od czego zacząć. Na razie musiało to być coś, na co mogły pozwolić mi moje skromne środki finansowe i coś, co od razu przynosiłoby dochody. Szkoła? Farma hodowlana? Firma transportowa? Supermarket? Wszystko to wymagało sporych inwestycji. Wybór padł na restaurację. Nie jakąś tam luksusową, ale małą, schludną i z dobrą europejską, i afrykańską kuchnią.

Zabrałem się za remont, a właściwie za adaptację wynajętej posesji na potrzeby restauracji. Prace budowlane rozpoczęły się od kłótni z sąsiadami. Na szczęście nie ja się kłóciłem tylko właściciel posesji, którą wynająłem. Chciałem postawić solidne ogrodzenie od strony ulicy. I rozpętałem tym wojnę. Każdy z sąsiadów miał odmienne zdanie na temat tego, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga posesja. Po długotrwałych i głośnych gestykulacjach konflikt zakończył się polubownie. Strony wezwały geodetę, który rozstrzygnął spór – pół metra na niekorzyść przyszłej restauracji. No i dobrze stwierdziłem – będzie mniej zamiatania.

Znalazłem swoją prawą rękę. Henry pracował w jakiejś firmie komputerowej. Był to zawsze uśmiechnięty, dowcipny, inteligentny i władający poprawną angielszczyzną chłopak. A co dla mnie było najważniejsze – był z Dodomy. Znał miejscowe układy, wiedział z kim rozmawiać, do kogo dotrzeć i jak szybko znaleźć fachowców do budowanej restauracji. Nie otrzymywał od kilku miesięcy wynagrodzenia za pracę od swoich szefów, co muszę przyznać w Tanzanii jest dość powszechne, więc skwapliwie przyjął moją propozycję pracy jako menedżera. Decyzję o jego zatrudnieniu podjąłem po tym, jak pomógł mi uzyskać licencję na prowadzenie restauracji. Był bardzo pomocny. Sam chyba nie byłbym w stanie przedrzeć się przez pajęczynę miejscowych układów. Był dyplomatą. Miał takt i talent. 

Oczywiście Henry nie był idealny. Po zrobieniu dobrego wrażenia na początku naszej współpracy, zaczął w pewnym momencie myśleć jak przy każdym otrzymywanym ode mnie zleceniu uszczknąć coś dla siebie. W wolnym czasie, którego, tak naprawdę nie miałem za dużo (pracowałem przecież na uniwersytecie) przechadzałem się po sklepach i hurtowniach i pytałem o ceny. Często okazywało się, że cement, pustaki, farba, czy drewno kosztowały nieco mniej niż Henry twierdził. Nietrudno było się domyśleć, że nadwyżka pieniędzy, które Henry otrzymywał na zakupy, trafiała do jego kieszeni. Byłem tego świadomy, ale też zdawałem sobie sprawę, że przecież kolejny menedżer, którego zatrudniłbym na jego miejsce robiłby dokładnie to samo. Zresztą nie były to duże kwoty. Sam nie mogłem zajmować się wszystkim. Czasem, kiedy okazywało się, że Henry nieco przesadził brałem go na „dywanik”.

– Henry, wiesz, że nie jestem w Afryce po raz pierwszy. Ja też czasem chodzę po sklepach. Wiem jakie są ceny. I wiem o twoich drobnych oszustwach. Jesteś fajny facet, ale nie myślisz o swojej przyszłości. Pamiętaj, że na twoje miejsce czeka wiele osób w kolejce. Pamiętaj też, że jak otworzę nowy biznes to Ty możesz zostać sterem i okrętem w tej restauracji. Ustalimy jakąś kwotę, którą będziesz mi przekazywał co miesiąc, a to ile zarobisz ponadto będzie dla ciebie. Nie myśl o dniu dzisiejszym. Myśl o przyszłości.

– Przepraszam szefie. Miałem wydatki. To się już nigdy nie powtórzy.

Przez następnych kilka dni Henry starał się być oddanym pracownikiem. Ale tylko przez kilka. Później sytuacja wracała do „normy”. Pamiętam jak mój przyjaciel, wspomniany wcześniej Profesor Prandota, opowiadał mi o Ferdynandzie – swoim kucharzu, mechaniku i kierowcy w jednej osobie. 

– Wyrzucałem go regularnie, za jego kradzieże, co kilka miesięcy przez dwadzieścia lat. Po jakimś czasie przyjmowałem go z powrotem do pracy, gdyż jego następcy byli jeszcze gorsi! I dopiero po dwudziestu latach zaufałem mu na tyle, że mogłem mu powierzyć całą gotówkę na opłacanie samolotów, autobusów, hoteli, kiedy jako już leciwy człowiek, brałem go ze sobą do pomocy na moje służbowe podróże z Bukavu na przykład do Kinszasy. On za wszystko płacił, moimi pieniędzmi, ale wiedziałem, że już mogę mu zaufać.

(Fragment rozdziału "Interes, czyli jak założyć firmę w Afryce")

 

 

 

 

Napisz opinię

Imię i nazwisko:


Opinia: Uwaga: HTML nie jest interpretowany!

Ocena: Zła           Dobra

Wpisz kod w polu poniżej:



Projekt B2B współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.
Wartość projektu: 999 600,00 PLN
Udział Unii Europejskiej: 694 762,00 PLN