Słowa i płomienie

Słowa i płomienie

Cena: 25.00 zł
Autor: Jidi Majia

Tytuł oryginalny: 火焰与词语
Tłumaczenie: Małgorzata Religa

Wydanie: Warszawa 2015
Ilość stron: 268
Rozmiar: 135x205 [mm]
ISBN: 978-83-8002-331-4
Dostępność: W magazynie

Jidi Majia uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych chińskich poetów wywodzących się z mniejszości narodowych. Pisze po chińsku, ale jego wiersze przesiąknięte są odwołaniami do rodzimej kultury Nuosu, nie tylko przez bezpośrednie nawiązania do obyczajów, miejsc i postaci. Tożsamość i pamięć - to dwa wielkie tematy przenikające większość wierszy w tym zbiorze. 

Milcząca srebrna rzeka połyskuje blaskiem
W bezkresnej pustce niczym płomienisty triumf.
Czuję, że moje wargi nie są już z mego ciała
A język dany przez bogów
Rozpadł się w jakieś niewyrażalne wspomnienie
I wtedy jak gdybym stał się spadkobiercą Gesara
A moja dusza przyjęła tajemne pouczenie

(fragment wiersza Gwiaździste niebo nad kamieniami Gyanamani)

Poetycki głos Jidi Majia to głos współczesnego człowieka, świadomego własnej tradycji i tego, jak łatwo jest ją utracić, świadomego ogromu historii i zmienności świata. Ten głos wart jest wysłuchania.

Ja, śnieżny lampart…


Dedykowane George’owi Schallerowi*


1
Kiedy meteor przeciął
Moje ciało, ono w jednej chwili
Rozbłysło jasną świecą, moje futro
Zapłonęło niczym śnieżna pochodnia
Moja sylwetka, strzała utkana ze światła,
Jak srebrna ryba
Znika na czarnym nieboskłonie
Jestem prawdziwym synem śnieżnej góry
Na straży samotności przeszedłem czasoprzestrzeń
Przyczajony między twardymi falami skał
Stoję na warcie
Tych najwyższych regionów
Szlachetność mojej krwi jest niewątpliwa
Potwierdzona przez genealogie przodków
Moje narodziny
Są cudem tysiąc lat kształtowanym w brzuchu białych śniegów
Moja śmierć
Jest wieczną ciszą w samsarze śnieżnej góry
Bo znaczenie mojego imienia
Kryje się w głębinie oparów i mgieł
Idę po tamtej krawędzi
Świadomości życia
Dno moich oczu
Zakwita gwiazdami oddechu
Perły moich myśli
Gęstnieją w krople świtu
Nie jestem nowo zaczętym
Fragmentem świętego tekstu
Mój głos jest milczeniem gór
W czas zwycięstwa
Nie należę do znaków
Zawieszonych na niebie przez język
Jestem tylko lśniącą, błyszczącą smugą
Pozostałą po promieniu światła
Moja przysięga wierności
Nie będzie zdradzona przez język i pismo
Ja żyję wiecznie na zewnątrz
Granic uplecionych przez nicość
Nigdy nie wybiorę odejścia
Nawet gdyby biała góra już nie żyła

2
Jestem na linii górskiego grzbietu czarnym
Kwiatem, nicość i byt realny
Toną w północnym powietrzu

Ten wolny patrol na terytorium
Przodków, to w pewnym sensie
Kod dziedziczony przez kości i krew

O świcie i zmierzchu, nadzieja
Może mnie wezwać
Do przejścia w milczeniu tajemnicy

Tylko w takich momentach
Pójdę, by znowu naprawdę przeżyć
Utracone czasy…

3
Patrzę na spadające gwiazdy
Ciało unosi się w oceanie kosmosu
Błękitne spojrzenie towarzyszy
Nieważkim duszom, teraz
Unoszę się w górę ku nieskończoności
Jeszcze się nie zaczęło –
W skoku jak błyskawica
Potężne palce
Uderzają metalowe powietrze
Nikt nie jest w stanie tego dojrzeć
Mój oddech, wspomnienie, sekretna woń
Całkowicie zasłoniły to pustkowie
Ale nie szukaj mnie, maska znikła …

4
Teraz ja jestem tą śnieżną krainą
W podmuchu wiatru usłyszysz
Chrzęst mojego szkieletu
Orzeł kołuje, walczy z niewidzialnym
Przeciwnikiem, to mój cień
W buforowej strefie
Między mrokiem i światłem odpływa
Bez najcichszego lądowania ptaków
W miejscu, w którym dolina krzyżuje się z rzeką
Pozostawiłem znaki i wskazówki
Jeśli trafi się świstak
Popędzi ze wszystkich sił, chociaż za nim
Nie widać żadnej pogoni
To myśl o mnie
Pozwoliła mu odczuć zagrożenie
W takich chwilach
Nigdy mnie nie zobaczysz, na tej
Planecie oszustwa, rzezi i hipokryzji
Nigdy nie należałem
Nigdzie indziej!

5
Nie umiem wypowiedzieć
Nazw wszystkich zwierząt i roślin
Ale ten świat ma jednak kształt okręgu
Jeśli chodzi o równowagę życia, nie wiem
Czy mam stanąć po lewej
Czy może po prawej stronie, ja jestem tylko
Śnieżnym lampartem, przede wszystkim nie umiem odpowiedzieć
Jakie są więzi jednego życia z drugim
Ale wierzę, że kosmiczny porządek
Nie bierze się z przypadku ani z chaosu
Razem z życiem dostałem
Skalne kozice, rude lisy i świstaki
Nasze istnienie jest powiązane tysiącem zależności
Nie jesteśmy żadną
Z krętych dróg na rozstajach losu
Jesteśmy raczej niezgłębioną zagadką
Żyjemy tu już od dawna
Żadne z nas nie może się obyć bez istnienia drugich
A jednak znamy też lęk i obawę,
Że pogoń i nowe życie niczym się już nie różnią…

6
Moje ślady zostawione
Na śniegu, wyglądają
Być może nawet piękniej
Niż pęki rozkwitłej śliwy
Może są przedłużeniem nicości
Bo wcale nie wyjaśniają
Ukrytej w nich tajemnicy
Nie mogą też przepowiedzieć
Nieznanego końca
W istocie, ślady życia
Pokazały już, że chwilowe
Istnienie i wieczna śmierć
Nie mogą nam wyjawić
Które z nich jest ważniejsze
Te ślady nie są wróżbą
Ale one
Są jakimś innym językiem, który mówi
Głosem ciszy
Tylko gdy wiatr się zrywa, lub znowu
Spadną ogromne śniegi
Te niewyraźne ślady
Mogą zostać doszczętnie zmiecione

7
W chwili, gdy się pojawiam
Ty, w konającym wspomnieniu
A może także we śnie
Z którego zaraz się zbudzisz,
Żywo i niewyraźnie możesz zobaczyć mnie:
Słoneczny refleks, srebrna moneta światła
Naskalna geometria, roślina na wietrze
Barwa róży płynąca powietrzem
Tysiąc róż rozlanych w wodospad
Szybkość bezruchu, złoty łuk
Miękki czas, pokruszona siła
Nadmierna linia, możliwość czerni + bieli
Hetman wykuty ze światła, 0 idące przez otchłań
Włócznia zgubiona przez kosmos, strzała w locie
Uciekający okruch kryształu
Rozbitego w zetknięciu doznania i snu
Rozprysłe krople wody, jaskrawość kolorów
Przy pasie bohatera jasnowidzące muszle
Insygnia królewskie bez króla
Wskrzeszone w macicy ziemi kolejny raz

8
Luty to pora życia
Która odmawia wstydu, to rozgorzały śnieg
Początek zalewu
Dziki wiatr, który dmie w róg kanionu
Zapomniane imiona, poszukiwana i spełniona tutaj
Ceremonia narodzin kolejnego życia
Tajemniczy język i poezja
Wszelkiego macierzyństwa
Deklamowana tylko
Na przyjście boga płodności…

Pogoń – odśrodkowa – nieważkość – piorun – półkole –
Łuk żądzy – rozcięty klejnot – pęknięte powietrze –
Powtórny skok – czubek języka zapachu – wchłonięta twardość –
Cel biegu – pochyłość szczęk – nierównomierny lot –
Powolna szybkość światła – rozpadłe drgania – nieobecny ciężar –

Kły – kły – fosfor naczyń krwionośnych – prezent zębów i warg –
Fale oddechu – pośpieszny wzlot – wciąż ta sama gwałtowność –
Taniec uderzeń – śmiertelne rozciąganie – opróżnić – opróżnić –
Wyobraźnia – wstrząs tektoniczny – ofiarowanie – zapaść wielkiej ziemi –
Wypływ – upadek i rozpad – fontanna – fontanna – fontanna –
Znużenie spadłe w życie – drżenie krawędzi – wspomnienie –
Cisza po burzy – czekanie – echo gór…

9
Taniec na grani
Czarna klisza
Zatopiona w białym oceanie dnia
Z góry na dół logika
Przeskakuje przez strumień bytu i niebytu
To wolne terytorium
Jesteśmy tu tylko my
Możemy wybrać swoją własną formę
Moje kończyny wspinaczką
Idą po nerwach urwiska
Pazury lekkie jak piórko
Stąpają po klawiszach głazów
Jestem pływakiem gór
Wiedzionym nienazwanym pragnieniem
Gdy ruszam na wyprawę
Wiatr jest wolniejszy niż ja
Lecz moja zbroja
Szumi w powietrzu
Jestem królewiczem frunącym w swobodnym spadku
Bratem dwunastu synów śnieżnej góry
Wyskok w górę pod kątem dziewięćdziesięciu stopni
Nagły spadek pod kątem stu dwudziestu
Bo mój cętkowany ogon
Daje mi równowagę na linii życia i śmierci

10
Wczoraj wieczorem śniła mi się matka
Ona tam czeka, wzrok ma już osłabły

Przeznaczony nam jest
Samotny szlak
W wieku dwóch lat wyszedłem spod opieki
Samotnie poszedłem dowieść
Że miałem zostać w przyszłości
Wojownikiem dzielniejszym nawet niż mój ojciec
W obronie mego dumnego rodowodu
Przekazywanej od pokoleń
Wiecznej chwały, której nie wolno mi zszargać
Jestem gotowy walczyć do ostatniej krwi

My nigdy nie wybierzemy hańby
Nawet na polu ostatecznej bitwy
Nawet przed samą śmiercią
Ja dumnie ogłoszę światu
Czyim jestem synem
Bo szlachetne imiona moich przodków
Są czyste jak biały śnieg
I od dnia narodzin
Jestem świadom –
Że ja i moi bracia
Jesteśmy na wieki
Opiekuńczymi bóstwami
Wszystkich śnieżnych gór

My nigdy nie zapomnimy
Świętego obowiązku
W moich snach wciąż się pojawiają
Pokolenia przodków i ich twarze
Na moich wargach zawsze się unosi
Złoty spis imion
Potężnego klanu

Zawsze na skraju śmierci – zawsze wpatruję się w przyszłość

11
Ktoś powiedział, że na strzeżonych przez nas świętych górach
Nie zdarza się klęska śniegu ani epidemie
Gdy stoję samotnie na szczycie
Gdziekolwiek sięgam wzrokiem
Jest tylko świetlista jasność i biel śniegu
Wszystkie istoty skąpane w najczystszym
Pogodnym świetle. Daleki orzeł
Najpierw widoczny, potem gdzieś w bezkresie
Zostaje tylko punkcik, a wreszcie, tak jak zwykle
Przepada w głębi błękitu
Niedalekie dymy z pasterskich kuchni
Niosą się w górę, trudno niemal rozpoznać, że to prawdziwy świat
W kotlinach górskich rozsypane czarne jaki
I są też liliowe mgiełki, rozpostarte
Na białym lodzie rzeczki
W taki czas, gdy dusza i ciało się rozstają
Czuję, że zapomniawszy o jaźni zaczynam się unosić
I wtedy jakbym słyszał głos idący z nieba
A słowa na moim języku, przyjąwszy inną formę,
Przed wielkimi wrotami firmamentu zaczynają
Błogosławić wszystkie istoty na ziemi…

12
Moje życie jest w starych księgach jak wąż pośród skał
Moje życie jest życiem konia, życiem tysiąca krów
I życiem dziesięciu tysięcy małych ludzi. Ponieważ ja się ukrywam
Na stronie buddyjskiej sutry, ten kto mnie zabije,
Zabije także tysiące niewidzialnych mnie
Moja krew nie zostawi śladów na wielkich skałach, bo ona
Nie ma koloru, lecz pozostaje wciąż dowodem winy
Znikam bez śladu, rozdzieram zasłonę nocy
Para zagasłych oczu, tajemnych jak umysł kamienia
Czy dusza w samotności usłyszy puls wielkiej ziemi?
Ale ja nadal lubię patrzeć na gwiazdy na niebie
Zapominając o czasie, aż z oczu popłyną mi łzy

13
Jedna kula trafiła
Mojego brata, który nazywa się srebrnym irbisem
Strzelec zakrzywił palec
Zabrzmiało tępe echo rogu
Wiadomość o śmierci obiegła już doliny
To jest ta kula
A nasze bystre oczy na chwilę straciły pamięć
Chociaż ją widzieliśmy, podobną do czerwonej błyskawicy
Przebiła zapalony czas i odległość
Już nie ma czasu się schować
Świt przestał dyszeć
Właśnie ta kula
Głowa strzelca, a także
Serce, które dostarcza jej krwi
Zostały już zamrożone na rachunku winy
Ta właśnie kula, niczym kropla krwi
W momencie, kiedy przeszyła swój cel
Strzelec też był wstrząśnięty tą sceną
Bo w miejscu przelotu kuli
Góry zapłakały głosem ran
Lament rudego lisa nie miał końca
Z głazów spływały krystaliczne łzy
Bylica była muzyką graną na fletach śmierci
Lodowiec huczał, choć nawet nie pęknął
Na niebie zjawiły się kolory piekła
Zlękniony grom toczył się horyzontem ciemności

Nasza śmierć będzie zawsze oskarżeniem życia!

14
Pytasz dlaczego płaczę, siedząc tu na skale
To płacz bez powodu, płacz bez sensu
Tak naprawdę chciałbym odwrotnością słowa
Oświetlić inne słowo, bo w tej chwili
Znalazło się w ciemnościach pełnych łez
Chcę głowę schowaną w cieniu głazów
Podnieść z głębokiej mgły, parą podejrzliwych oczu
Obserwuję czujnie świat pełen pułapek
Każda forma istnienia jest wzięta z dziedzictwa po przodkach
Tutaj odwieczne słońce daje nam ciepło
Można wyciągnąć rękę i dotknąć zawieszonego księżyca
I one także, wielkodusznie i szczodrze
Uczą nas mowy wszechrzeczy, sztuki wzywania dusz
Tak jest, stopniowo zaczynamy rozumieć,
Że odwieczne prawa natury tego świata
Zaczęły być z każdym dniem zmieniane przez człowieka
Głos stali i cienie wieżowców sięgających nieba
Na zielonych liściach płuc naszej ziemi
Zostawiają krwawiące rany, i możemy zobaczyć
Jak w ciągu każdej minuty
Wymierają zwierzęta i rośliny
Wiemy, że nie ma już czasu
I dla ludzkości, a także dla nas samych
To może jest już ostatnia szansa
Bo całość i ciągłość życia na tej ziemi dowiodły,
Że utrata każdego gatunku
Jest naszą własną klęską i koszmarem
Więc stąd chcę powiedzieć ludzkości:
Nie mamy już dokąd uciec, i to także
Jest przyczyna, dla której widzisz mnie siedzącego na kamieniu
W gorzkim bezgłośnym płaczu

15
Czasem nie widzę siebie, bo jestem innym istnieniem,
Poza powrotem na te szare skały
Najbardziej lubię niebo obsypane gwiazdami
Bo to bezkresne niebo
Jest moim piękniejszym ciałem, które się zmienia we wzory

By dowieść mojego odkrycia
Lekko wciągam powietrze, zza tysiąca mil
Mogę poczuć słodką woń stepowych kwiatów
Potrafię od razu wskazać stronę, w której znikły antylopy
A czasem mogę nawet prawidłowo zgadnąć
Czyje kopyta zostawią ślad na dnie strumienia

Słyszę najcichsze dźwięki
Pęknięcie wielkiego głazu w samym jądrze
Ledwo widoczna rzeka Mlecznej Drogi
Bezpowrotnie gaśnie
W bezdennej czarnej dziurze
Połyskuje nieznany biały dzień

We śnie umiem wejść w stan bliski śmierci
W którym widzę swój obraz sprzed reinkarnacji
By zmniejszyć ciężar winy, ja kiedyś także
Uderzałem w dzwony pokuty

Chociaż mam dziewięć żyć, nadejście śmierci
Będzie tak samo zwyczajne, jak nowe odrodzenie…

16
Nie umiem spisać wierszy znakami pisma
Lecz nadal mogę – palcami
Na lśniącej karcie śniegu
Zostawić dla przyszłych potomków
Mój ostatni testament

Moje życie jest od zawsze takie samo
Jak wszystkich wcześniejszych pokoleń, dobrze znam i rozumiem
Wszystko o śnieżnych terytoriach. Tutaj
Pierwsze światło poranka jest piękniejsze
Niż zachód słońca i zmierzch, to dlatego
Że blask słońca odbija się na białym śniegu
Nie w każdej porze możemy
Cieszyć się szczęściem
I w tym tkwi może losu i życia niecodzienność
Czasami, gdy dla przeżycia zdobywam jedzenie,
Bywa, że mnie poranią odłamy ostrych skał
A mimo to, dni radosnych
Jest zawsze więcej niż smutku

Poznałem wiele wspaniałych widoków
Sądzę, że inne zwierzęta tego świata –
W tym także ludzie – nawet o nich nie słyszały
Nie dlatego, bym kiedyś o nie prosił
Ale przez to, że Stwórca ma dla mnie wielką miłość
Wysoko w tych śnieżnych górach widziałem
Płynny czas, w błękitnym blasku śniegu zaginione
Świecące gwiazdy, z których spływała wonna i słodka rosa
A także wiązkę światła, włókno przybyłe z kosmosu
I to jak wpada stopniowo w wieczną ciemność

Tak, ja chcę ci także zdradzić jeden sekret
Nie widziałem jeszcze pełnego obrazu piekła
Ale znalazłem wejście wiodące do raju!

17
To nie jest pożegnanie
Wybaczcie! Ja nigdy stąd nie odejdę
I choć to ostatnie ziemie,
Chcę zostać w mojej pustelni, nietkniętej ludzką stopą

Nie polujcie już na mnie, na tym świecie
Ja jestem krwią z waszej krwi, kością z kości
Waszym rodzonym bratem
I zanim zakryją mnie skrzydła ciemności
Chcę zapomnieć o lęku przed męczarnią

Gdy się zbudzę z tysiącletnich wspomnień przodków
Język dany przez bogów zmieni moje wargi
W swój rekwizyt, tradycja podobieństwa imion ojców i synów
Dzisiaj staje się bronią przeciwko przemocy

Wybaczcie, mnie nie trzeba taniego współczucia
Moja historia, wartości, niezwykły sposób życia
W tysiącu złączonych światów są ustaloną dla mnie
Podstawą bytu, której niczym się nie da zastąpić

Nie umieszczajcie moich wizerunków
Tam, gdzie zbyt wielu może je zobaczyć
Boję się tych, w imię mojej ochrony prowadzonych
Niewidzialnych pościgów i przyswojeń

Wybaczcie mi. To nie jest pożegnanie
Ale ja wierzę, że sąd ostateczny
Naprawdę jest już niedaleko…

 

* George Schaller (ur. 1933), amerykański zoolog, badacz historii naturalnej,

ekolog i pisarz. „Times” zaliczył go do trójki najwybitniejszych badaczy życia
zwierząt na wolności i uznał go za najwybitniejszego badacza śnieżnych
lampartów

Napisz opinię

Imię i nazwisko:


Opinia: Uwaga: HTML nie jest interpretowany!

Ocena: Zła           Dobra

Wpisz kod w polu poniżej:



Projekt B2B współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.
Wartość projektu: 999 600,00 PLN
Udział Unii Europejskiej: 694 762,00 PLN