Świecie   wejdź

Świecie wejdź

Cena: 28.00 zł
Autor: Yu Jian

Tłumaczenie: Joanna Krenz

Wydanie: Warszawa 2017
Ilość stron: 286
Rozmiar: 165x165 [mm]
ISBN: 978-83-8002-735-0
Dostępność: W magazynie
Ze Wstępu Autora:
„Wtedy zaczęła się rewolucja kulturalna. Ojciec został uwięziony, a potem zesłany gdzieś daleko. Mama straciła swoją toaletkę. Książki płonęły na ulicach. Patrzyłem na dym unoszący się nad biblioteką, byłem świadkiem, jak płomień obracał w popiół znaki. Znaki, z których Qu Yuan, Li Bai, Du Fu, Su Shi tworzyli poezję, kreska po kresce unosiły się w niebo wirującą wstążką dymu. Moją szkołę zamknięto. Miałem wtedy dwanaście lat, byłem w piątej klasie, właśnie zaczynaliśmy uczyć się pisania wypracowań. Wróciłem nad jezioro, co dzień łowiłem ryby, pływałem. Pewnego popołudnia wraz z ojcem spaliliśmy potajemnie jego księgozbiór. Ogień wznieciliśmy w emaliowanej misie, którą rodzice dostali w prezencie ślubnym. Żółtawy płomień, czarne motyle papieru. Misa była jak ołtarz. 
    Tam zaczęło się moje pisanie. Wciąż zadaję sobie pytanie – dlaczego trzeba było spalić tamte znaki? Jaką straszną treść niosły, że musiały spłonąć?
Piszę od czterdziestu lat”. 
 
Yu Jian – poeta, eseista, fotograf, urodzony w 1954 roku w Kunmingu w prowincji Yunnan. Jeden z czołowych przedstawicieli tzw. „Trzeciej Generacji” współczesnych poetów chińskich. Sławę przyniosły mu w latach 80. wiersze pisane językiem potocznym, w latach 90. zaś umocniły ją poematy takie jak Kartoteka 0 oraz eseje o tematyce teoretycznoliterackiej. Laureat licznych nagród literackich, m.in. Nagrody Literackiej im. Lu Xuna oraz Chinese Literature Media Award. Jego utwory tłumaczone były na wiele języków, niektóre doczekały się także adaptacji scenicznej. 

Przedmowa Autora do polskiego wydania

O rybie, która umie tłumaczyć          
       Wróciłem niedawno z podróży do Indii. Nie znam hindi, nie znam nawet angielskiego. Właściwie to potrafię mówić jedynie w gwarze kunmińskiej, której nauczyła mnie matka. Po powrocie wysłałem Joannie, tłumaczce tego tomiku, pewne zdjęcie. Przedstawiało ono kilku rybaków na brzegu Morza Arabskiego, ciągnących za linę, której koniec przymocowany był do czegoś zanurzonego w morzu. Długo stałem na plaży i czekałem, by przekonać się, co to. Sznur to napinał się, to znów rozluźniał, ale przedmiot ani drgnął. W końcu dałem za wygraną i odszedłem. Nie wiem, co wyciągali, widziałem tylko, że ciągnęli. Widziałem pracę ich mięśni, które napinały się i rozluźniały wraz z liną, ich czarne ciała na ponurym morskim brzegu rozbłyskiwały raz po raz bladym światłem.   
Joanna odpisała: „Przypuszczam, że wciągają na brzeg jakąś łódź, ale w pierwszej chwili, patrząc na to zdjęcie, pomyślałam sobie coś innego: takie jest właśnie to nasze ludzkie życie – ciągłe przeciąganie liny w zmaganiach z jakimś niewidzialnym, nienazywalnym kimś lub czymś, z siłą, której źródło leży poza ramą naszej duchowej rzeczywistości”. 
Dokładnie tak. W moich oczach Joanna jest właśnie jak ci rybacy, albo może jak to coś, co lada chwila mieli wyciągnąć na brzeg. Nie znaliśmy się wcześniej. Jakieś trzy lata temu przedstawił nas sobie mailowo Maghiel van Crevel, profesor Uniwersytetu Lejdejskiego, który przetłumaczył moją Kartotekę 0 na holenderski [i angielski – przyp. J.K.]. Myślałem, że ona sama też jest profesorem. A tu w kąciku kawiarni Salinger w Kunmingu widzę jasnowłosą młodą dziewczynę z Polski, rybkę, która wypłynęła z wielkiego oceanu. A właściwie przyjechała rowerem, z turystycznym plecakiem, z którego niebawem wyciągnęła duży notes, zapisany alfabetycznym pismem, wijącym się jak wodorosty. Jak się okazało, były to zapiski z lektury moich wierszy i brudnopisy tłumaczeń. Niemal od razu zaczęliśmy rozmawiać o poezji i przegadaliśmy tak całe popołudnie. Nie, nie była to żadna pani profesor, tylko tłumaczka zesłana mi z nieba. W życiu mi się nie śniło, że będę kiedyś rozmawiał o poezji z Polką, nawet wiele lat temu, gdy Polska i Chiny znajdowały się w tym samym socjalistycznym obozie (pamiętam, że kiedy miałem 11 lat, spotkali się Mao z Gomułką). Dawno temu, niedaleko tej kawiarni, w państwowym kinie oglądałem polski film. Polska wydawała mi się wówczas taka odległa, jakby na innej planecie. Świat w ostatnich dekadach skurczył się niesamowicie, wszystko się do siebie zbliżyło, przyciągnięte linkami techniki. Goetheańska „literatura światowa” to w istocie sztuka zszywania przestrzeni. I tak siedzi teraz przede mną Polska, w dodatku za jakąś cudowną sprawą mówiąca po chińsku bez obcego akcentu.     
Stałem i patrzyłem na tych rybaków, czarni jak węgiel, przypominali bogów. Patrzyłem, jak spala ich morze, jak ich obejmuje. Morze jest płynnym ogniem. Stają się częścią morza. Morze bez rybaków przestaje być morzem. Pozwolili mi dotknąć swoich rąk, zbielałych od soli. Uklęknąłem na plaży, obmytej świętą morską wodą, tak że zostały na niej jedynie ślady stóp rybaków. Zawsze chciałem być takim rybakiem, opalonym jak noc. W dzieciństwie spędzałem godziny na łowieniu ryb. Skóra mi ściemniała, ale nie aż tak. Mój rodzinny Kunming leży nad ogromnym jeziorem Dianchi, w którym zachowało się wiele gatunków ryb morskich. Kolorowe, błyszczące, wyglądały jak dziewczęta tańczące na niebie pośród chmur. Pierwsze ludzkie osady nad Dianchi powstały co najmniej tysiąc lat temu, kwitła na tych terenach wspaniała kultura brązu. Tam właśnie, nad Dianchi, spędziłem najpiękniejsze, najbliższe raju lata mojego życia. 
Wtedy zaczęła się rewolucja kulturalna. Ojciec został uwięziony, a potem zesłany gdzieś daleko. Mama straciła swoją toaletkę. Książki płonęły na ulicach. Patrzyłem na dym unoszący się nad biblioteką, byłem świadkiem, jak płomień obracał w popiół znaki. Znaki, z których Qu Yuan, Li Bai, Du Fu, Su Shi tworzyli poezję, kreska po kresce unosiły się w niebo wirującą wstążką dymu. Moją szkołę zamknięto. Miałem wtedy dwanaście lat, byłem w piątej klasie, właśnie zaczynaliśmy uczyć się pisania wypracowań. Wróciłem nad jezioro, co dzień łowiłem ryby, pływałem. Pewnego popołudnia wraz z ojcem spaliliśmy potajemnie jego księgozbiór. Ogień wznieciliśmy w emaliowanej misie, którą rodzice dostali w prezencie ślubnym. Żółtawy płomień, czarne motyle papieru. Misa była jak ołtarz. 
    Tam zaczęło się moje pisanie. Wciąż zadaję sobie pytanie – dlaczego trzeba było spalić tamte znaki? Jaką straszną treść niosły, że musiały spłonąć?
Piszę od czterdziestu lat. 
    O Polsce usłyszałem pierwszy raz dawno, dawno temu, w dzieciństwie. Pamiętam, że niedaleko mojego domu było kino „Pierwszy Maja”, w którym obejrzałem „Ulicę Graniczną”. Zdaje się, że wszedłem bez biletu, korzystając z okazji, gdy kontroler poszedł pomóc jednemu z widzów znaleźć jego miejsce na sali. Gestapowiec w czarnych oficerkach, widząc grubego krawca, krzyknął: „wywalcie stąd tego śmiecia na zbity pysk!”. Cała sala wybuchła gromkim śmiechem. Mnie nie było do śmiechu, nie chciałem być śmieciem. To jedno z moich najbardziej dojmujących wspomnień z dzieciństwa. W czasie rewolucji kulturalnej poznałem poezję Mickiewicza, krążącą w podziemnym obiegu. Dziewiętnastowieczny polski poeta, przetłumaczony na chiński w XX wieku, ponownie musiał zejść pod ziemię, skazany na wygnanie w innym języku. Język jest arcydziełem Boga. Uwodzi nas, pęta, raz zanurzywszy się w nim, nie jesteśmy w stanie się wyrwać. Czytałem Szymborską, Zagajewskiego, Miłosza, którego wczesne wiersze szczególnie sobie cenię. Uwielbiam Andrzeja Wajdę, który w pewnym sensie również był wielkim poetą, tworzącym w ponadjęzykowej przestrzeni. Między moją poezją a polskim filmem istnieją pewne przedziwne podobieństwa, być może będące wynikiem wspólnej socjalistycznej przeszłości. Napisałem kiedyś nawet esej zatytułowany „Shangyi 6 a Niewinni Czarodzieje”. Socjalistyczne idee połączyły nas niegdyś w jeden obóz, obozy dawno poszły z dymem, ale języki nadal wychylone ku sobie składają sobie wyrazy wzajemnego szacunku. Tak oto jakimś tajemniczym sposobem Joanna zjawiła się w Kunmingu i siedzi tu naprzeciwko mnie.
Jądro poezji stanowią rzeczy takie jak sól. W każdym miejscu na świecie sól jest słona, ale ma inny skład, pozyskuje się ją i przetwarza na różne sposoby. Moja babcia na przykład przyrządzała bardzo słone kiszone warzywa, których potem dodawało się po troszku do innych potraw zamiast posypywać jedzenie solą. Spotkałem kiedyś poetę z Algierii, który bezpośrednio posypywał białą solą biały ryż w swojej miseczce. Bardzo to było piękne.
Język składuje [niem. Bestand, pojęcie z filozofii Heideggera – J.K.] w sobie czas, jest strażnikiem ciemności. Przestrzenie można przemieszczać, łączyć, spajać, ale język jest domeną czasu, zjawiskiem duchowym. Jest pramatką świata. Chińska maksyma mówi: poznawaj to, co w świetle, ale pozostawaj w ciemności. I jeszcze: byt i niebyt kreują się nawzajem. Poezja jest przyczółkiem ciemności i niebytu. Konfucjusz powiadał: „Poezja ma moc tworzenia wspólnoty”. Poezja jest czasem języka, jej zdolność do kreowania wspólnoty polega na tym, że poprzez opowiadanie i „składowanie” ciemności, prowadzi ona do powstania niewidzialnej, transcendentnej jedności, współuczestnicwa, komunikacji. To, co w poezji podlega tłumaczeniu, to transcendencja sytuująca się poza granicami języka, to to, co powszechne, co ciemne. W epoce, w której wszystkim rządzi materia, pieniądz, technika, ekonomia, czas został zesłany na wygnanie. Skala jasności, która zastąpiła wygnaną poza margines rzeczywistości niepoznawalną ciemność, z dnia na dzień staje się zabawką w rękach świata, który beztrosko uprawia mierzenie przestrzeni, bawi się w jej wycenianie i przejmowanie. Ale poezja idzie pod prąd tego wszystkiego. Poezja pragnie przechować czas – niemierzalną, ciemną siłę. Konfucjusz dodawał: „Kto nie zna poezji, nie potrafi mówić”.  
Ludzkości nie jednoczy światłość, przeciwnie – porozumienie dokonuje się w ciemności. W „Księdze Przemian” czytamy: „Życie życia wyraża się w przemianie”. Rozmnażanie na zawsze pozostanie domeną ciemności.
Język jest murem, jest tym, co uniemożliwia wzniesienie Wieży Babel. W języku składowany jest niewidoczny czas właściwy każdej narodowej wspólnocie, to, co stanowi o jej uroku, mądrości, to, co w niej najbardziej pociągające. 
Język nie jest narzędziem, jest bytem. To język warunkuje stanowienie narodów. Utrata języka jest równoznaczna z utratą świata. W historii dowody na to można znaleźć na każdym kroku. Żyjemy w niebezpiecznej epoce. „Poezja” z czasów starożytnych odchodzi w niepamięć. W królestwie języka chińskiego pisanie wierszy zaczyna stopniowo nabierać charakteru niemal religijnej misji.
Moje wiersze pisane są znakami, które powstały w dorzeczu Żółtej Rzeki i zapisane zostały w księgach historycznych. Kiedy się rodziły, „z nieba spadało proso, duchy zaniosły się łzami” [cytat z klasycznego dzieła Huainanzi opisujący w metaforyczny sposób przemianę, jaka zaszła w świecie z chwilą wynalezienia pisma przez cesarskiego urzędnika Cang Jie – J.K.]. 
Piszę je, korzystając z komputera marki Apple z klawiaturą alfabetyczną, z modelu, który wszedł na rynek w 2015 roku.
Nie wolno wierzyć w przetłumaczalność poezji. Sensem istnienia języka jest jego nieprzetłumaczalność. W świecie starożytnym nie istniał przekład, narody trwały w stanie samowystarczalności. Tłumaczenie jest zjawiskiem współczesnym, świat nie może już nie tłumaczyć. Urok przekładu kryje się właśnie w jego niemożliwości. Dokładnie tak samo jak urok poezji. Poezja przeciwstawia się wszelkiej pewności i niezmienności. Przekład, choć z pozoru zdaje się rozjaśnianiem, w istocie stanowi proces oświetlania ciemności ciemnością. W języku chińskim jest pewne ważne pojęcie wenming, tłumaczone zwykle jako „cywilizacja”, dosłownie oznaczające oświetlanie poprzez wen. Wen jest zapisem poezji. Przekład też jest oświetlaniem w tym właśnie sensie – jest tworzeniem wen. Słowo wen jest nieprzekładalne, podobnie jak nieprzekładalne jest to, co się tym słowem określa. W języku polskim z mojej poezji znikają znaki chińskie, zastępuje je alfabet, a co tu mówić o rytmie oddechu zapisanym w ciele autora, co tu mówić o jego specyficznym tonie i idiomie.   
Żeby przemieszczać się między językami, tłumacz musi być czarodziejem języka. Przekład bezpośredni nie jest możliwy. Tłumaczenie to w rzeczy samej reinkarnowanie duchów, wskrzeszanie ich w innych ciałach. 
Co wyszło spod pióra Joanny, tego jako autor nigdy się nie dowiem. Choćby nawet ci rybacy wyciągnęli w końcu na brzeg sieć z wijącymi się rybami albo ciężką łódź, to czy na pewno chodzi o rybę czy łódź? Lina rzucona jest bezpośrednio w morze, w ciemne morze kryjące się pod warstwą błękitu lub szarości, w morze nieznające miary.
Dziękuję mojej uczelni – Uniwersytetowi Pedagogicznemu Prowincji Yunnan (dawniej funkcjonującemu pod nazwą Zjednoczony Uniwersytet Południowo-Zachodni) za wsparcie finansowe, dzięki któremu ten tomik, nad którym Joanna pracowała niemal pięć lat, mógł wreszcie zostać wydany w Polsce. W czasie II wojny światowej mój uniwersytet wspomagał najwybitniejszych chińskich poetów, moich nieżyjących już kolegów z pracy. 
Dziękuję Joannie, która jest czarodziejką języka. Przybyła na latającym dywanie tak daleko – do mojego Kunmingu położonego na południowym zachodzie Chin, na wyżynie otoczonej morzem gór, które w swej zachodniej części łączą się z Himalajami, na wyżynie przeciętej rzekami Lancang i Mekong, zamieszkiwanej przez liczne mniejszości etniczne, plemiona, orły, kruki i słonie, na wyżynie, na której uprawia się rośliny konopne, najbardziej poetyckie z roślin. Z mojego konopnego włókna Joanna stworzyła tkaninę, którą porwie inne morze. 
Nie wiem, czy to ryba, czy piasek. Zawierzam losowi.
Innego dnia poszedłem ponownie na tamtą plażę, ale nie było już tam rybaków. Fale wznosiły się jak ściana zbudowana z cegieł nocy. W mgnieniu oka ściana runęła, nastał świt, radosny, jasny.
Dziękuję Wydawnictwu i Czytelnikom.
Kunming, poniedziałek 23 listopada 2017
Yu Jian

Napisz opinię

Imię i nazwisko:


Opinia: Uwaga: HTML nie jest interpretowany!

Ocena: Zła           Dobra

Wpisz kod w polu poniżej:



Projekt B2B współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.